Webcast made in Poland – czy to już pora?

blank

Z webcastami jest jak z elektronicznymi papierosami czy samochodami zasilanymi prądem – niby fajnie, niby rewolucja i każdy się cieszy. Tylko czemu nikt tego nie używa?*

Nie czarujmy się – marzec 2011 to w polskiej rzeczywistości webcastowej jeszcze „Dziki Zachód”. Narzędzia tego typu profesjonalnie używane są przez korporacje lub pozytywnie nastawione jednostki. Rynek ni jak nie a się do niemieckiego, o amerykańskim już nie wspominając. Póki co firmy narzekają na małą świadomość istnienia czegoś takiego, a co za tym idzie – na trudności ze zbudowaniem jakiegokolwiek produktu komercyjnego. Nawet ustalenie cennika ma tyle aspektów, że porównanie ofert jest trudne i wiąże się z przesadną ilością zmiennych. Na ten przykład: jak komuś się wydaje, że centra konferencyjne i hotele dysponują szybkim Internetem i z otwartymi rękami przyjmą ekipę „filmowców”, to nie chciałbym mu zaburzać jego wizji świata, ale generalnie tak pięknie nie jest.

Kanibalizm?

Transmisja oznacza w skrócie to, że na ekranie komputera będziemy mogli oglądać relację na żywo z imprezy. Wielu organizatorów eventów z daleka trzyma się od pomysłu przenoszenia choćby części oferty do sieci. Jeśli wstęp na jakieś wydarzanie kosztuje, lekko licząc - 1000 zł (co przecież „górną półką” nie jest), to ile kosztować powinna transmisja z takiej imprezy? Jeśli ustawimy ją na akceptowalnym poziomie 50-100 zł to w sposób naturalny narazimy się na stratę klientów. Część osób zdecyduje się wydać 100 zł i pozostać w domu przed ekranem monitora. Jeśli cena będzie wahała się w okolicach 500 zł, dla wielu osób będzie to zbyt wiele. Wtedy możemy nie pokryć kosztów transmisji . Jeśli zainteresuje mnie jakaś tematyka to 50 zł jestem w stanie wydać „w ciemno”, nawet ryzykując czy jakość i zakres transmisji będzie mi odpowiadać. Zepsuł mi się Internet akurat w dniu transmisji, albo zapomniałem, że miałem oglądać? Trudno, samokrytyka połączona z biczowaniem się w zupełności wystarczy. Jednak 500 zł to już zupełnie inny temat i inna odpowiedzialność po stronie organizatora. Jeśli zainwestuję tyle i coś będzie nie tak, to bicz też pójdzie w ruch, ale skierowany w stronę tego, komu zapłaciłem. Przede wszystkim Klient A.D. 2011, zrodzony z Matki Polki i/lub Ojca Polaka nie jest jeszcze mentalnie gotowy na ponoszenie takich wydatków za produkt dystrybuowany w Internecie, bez względu na to jak bardzo będziemy go przekonywać, że to nie uboga opcja, ale ciekawsza alternatywa dla klasycznego spotkania.

W sieci, czyli: za darmo

Udział w renomowanej konferencji TED (nie mylić z nieco mniejszym TEDx) to naprawdę spory wydatek. Jednak organizatorzy nie boją się upubliczniać zarejestrowanych wystąpień na swojej stronie internetowej. Nie widać tu ukrytych nieuczciwych celów – nikt nie każe się logować (hasło i tak zapomnę), zostawiać e-maila (co się z nim później dzieje?) czy zapisywać się na newsletter (tak jakby nie było RSS). Najbardziej wartościowe wystąpienia z imprezy na którą bilet kosztuje kilka tysięcy dolarów są darmowe. Dlaczego? Na tym przykładzie widać dwie rzeczy. Po pierwsze: z góry należy założyć, że webcast nie jest substytutem i tak budować ofertę, żeby produkt tańszy nie niszczył droższego. Przecież webcast to coś zupełnie innego od uczestnictwa „na żywo”, choć obie formy opierają się o to samo wydarzenie. W Polsce organizatorzy konferencji ciągle jeszcze traktują transmisje jako ciekawostkę, która może ich wyróżnić spośród innych. Na zasadzie: „zobaczymy jak będzie, a jak się sprawdzi, to może za rok powtórzymy”. Sama ekipa z kamerą, laptopem wypuszczająca strumień multimediów w świat to dziś żadna innowacja. Innowacyjny powinien być za to sposób w jaki webcasting wykorzystujemy. Jeśli więc nie mamy pomysłu na to jak zrobić to dobrze, darujmy sobie – lepiej zaoszczędzić te kilka czy kilkanaście tysięcy i wydać na lepszą ofertę lunchową czy dodatkowe hostessy. Po drugie: ujawnia się bolesna prawda – wiele wydarzeń nie ma nic do powiedzenia. TED nie boi się upowszechniać swoich nagrań bezpłatnie, bo wie, że są tak dobre, że przyciągają nowych uczestników, gotowych zapłacić nie małe pieniądze, żeby na żywo zobaczyć to, co w Internecie jest za darmo. Ile wydarzeń w Polsce ma choćby zbliżoną renomę? Kto dziś myśli na tyle perspektywicznie, żeby odważyć się zaprosić internautów na najsmaczniejszy kawałek darmowego tortu i jeszcze dorzucić każdemu wisienkę, aby za roku kupili cały? Skupiamy się raczej na mozolnym zapełnianiu list uczestników, weryfikowaniu rabatów, barterów, sprzedaży grupowej. W rezultacie albo nie ma co transmitować, albo po prostu nie można.

Z drugiej strony kamery

Rozwijanie rynku jest tu najlepszym rozwiązaniem, jednak swoją rolę mają tu również firmy realizujące webcasty i transmisje. Technologia, choć zupełnie magiczna dla większości prezesów i członków „starszyzny plemiennej” firm z sektora MŚP, jest dosyć prymitywna. Najlepsi rozbudowują swoją ofertę o dodatkowe elementy: programują strony transmisji, oferują dodatkowe narzędzia, wprowadzają ułatwienia zarówno dla uczestników jak i organizatorów. Nic dziwnego, że całodniowa transmisja może kosztować 10 000 zł netto i w większości wypadków jest to cena uczciwa. Problem polega na tym, że powstają też „garażowe” firmy oferujące rozwiązania webcastowe za 20% tych cen, a nawet mniej. Pozornie nic w tym złego, bo tak działa wolny rynek, ale problem polega na tym, że przy małej świadomości klientów dostają oni często produkt zrobiony na zasadach partyzanckich. Nie jest to reguła, że coś pięć raz tańszego jest pięć razy gorsze, ale każdy taki przypadek zapada głęboko w świadomości decydentów i po jednorazowej przygodzie w webcastami nie chcą już słyszeć o powtórce. A dyrektorzy sprzedaży w firmach oferujących webcasty różnej maści, odpowiedzialni bądź co bądź za budowanie rynku, nie mają już żadnych argumentów, żeby przekonać, że tym razem będzie inaczej. Kupując hinduski samochód TATA wiem, że nie będzie on mercedesem, ale wiem też, że zapłacę odpowiednio mniej. W przypadku webcastów klienci nie wiedzą o co pytać. Interesuje ich w zasadzie tylko ile osób będzie mogło zobaczyć całość w Internecie i czy jakość będzie „dobra”. Sprzedawcy tandety nie mówią o innych aspektach, a nabywcom wydaje się, że decydując się na taką inwestycję dokonają rewolucji na miarę wynalezienia mikroprocesora. Przez jeden dzień czują się jak wiejska mleczarnia, której ktoś zaoferował wejście na New Connect, a potem przychodzi pytanie: po co to wszystko? Czy zdobyliśmy dzięki temu nowych klientów? A czy jeśli faktycznie poprawiliśmy swój wizerunek, to czy stać nas na to? Myślicie, że TED zadaje sobie takie pytania? Pewnie, że tak. Tylko u nich nie ma tej nutki nostalgii i przygnębienia. Bo oni doskonale znają odpowiedzi.

* - mała prywata na temat elektrycznych samochodów: moja żona, która spędza większą część dnia w budynkach ASP na warszawskim Wybrzeżu Kościuszkowskim, które sąsiadują z siedzibą RWE (to oni „ładują” baterie tych bolidów) twierdzi, że prawdopodobnie widziała już 90% wszystkich pojazdów tego typu jeżdżących po stolicy. Wierzę jej.

Więcej o audiowizualnych innowacjach w biznesie na www.webcastnow.pl

Zagadnienia: eventy, webcast, webinar, transmisje print