San Francisco i Steve Jobs

San Francisco i Steve Jobs

Chociaż niekiedy próbujemy to wyprzeć z naszej kulturowej świadomości, historię tworzą jednostki, a nie zbiorowości. Ludzie z wizją i wystarczającym uporem, aby tę wizję wprowadzać w czyn.

Dzisiejszy świat także kształtują wielcy wodzowie, tyle, że nie stojąc na czele armii. Budują potęgę międzynarodowych korporacji lub są przywódcami umysłów, narzucają nowe trendy i ramy myślenia. Jeden ze współczesnych wizjonerów przyszedł na świat w San Francisco i nieubłaganie przyciągał moje myśli, kiedy zwiedzałem to miasto, otoczone cichymi wodami Oceanu Spokojnego. Steve Jobs – bo to o nim mowa – przykuł moją uwagę pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy objął stanowisko prezesa Apple za jednodolarową stawkę. W owym czasie niekwestionowaną gwiazdą branży IT był Bill Gates.

Gates popularność zawdzięcza w dużej mierze bajecznej fortunie. Jako najbogatszy człowiek świata znany jest nawet przedszkolakom (to fakt!). Rozpoznawalność jego nazwiska może się równać z najpotężniejszymi markami, takimi jak Coca Cola czy Google. Dla mnie jednak największą gwiazdą nowych technologii był i nadal jest Steve Jobs. Przez długi czas anonimowy, bo jego nazwiska nie można było znaleźć w rankingach najbogatszych ludzi. Podczas gdy Bill Gates przeznaczył dużą część swojej kreatywności na pomnażanie kapitału, Steve Jobs w całości poświęcił się swojej pasji – tworzeniu.

Wierzę, że Jobsowi nie zależało na pieniądzach. Udowodnił to kilkakrotnie, chociażby wracając do Apple w 1997 roku z pensją roczną w wysokości 1$. Wniósł wtedy tyle kreatywności w słabnące Apple, że firma biła rekordy zysków. W tym czasie Steve Jobs w dalekiej od Doliny Krzemowej Polsce był mało rozpoznawalny. Dopiero po jego śmierci – bo taka jest ludzka mentalność – wszyscy zaczęli się interesować, kim był człowiek, stojący za technologiami, które zawojowały świat. Cztery następne wpisy poświęcę właśnie jemu i czterem sekretom jego sukcesu.

Zagadnienia: Steve Jobs, Maciej Podhajski, San Francisco print