Na dobry początek blogowania w NF: „Horrible Bosses” i globalny kryzys. Łatwiej zamordować szefa, niż rzucić pracę?

blank

Portal TVN24 podał w sierpniu br. informację nt. wyników badań amerykańskich naukowców, z których wynikało, że agresywni mężczyźni mają pensje średnio o 18% wyższe niż ich sympatyczni i mili koledzy (http://www.tvn24.pl/-1,1714144,0,1,wredni-zarabiaja-wiecej,wiadomosc.html). Teza ta znalazła swoje odzwierciedlenie w goszczącej latem na ekranach kin (a niedługo pewnie zagoszczącej na Blue Ray i DVD) komedii Setha Gordona „Horrible Bosses” (polski tytuł: „Szefowie wrogowie”) . Oto bardzo zamożny, a jednocześnie psychopatyczny prezes korporacji (w którego postać wcielił się Kevin Spacey, stając się tym samym antytezą bohatera granego przez siebie w „American Beauty”) znajduje nieskrywaną przyjemność w psychicznym pastwieniu się nad podwładnymi. Nie najgorzej powodzi się też Bobby’emu granemu przez Colina Farrella, dla którego lżenie jednego z trójki głównych bohaterów jest na porządku dziennym. I nawet jeśli widz może mieć wątpliwości co do tego, co było pierwsze: jajko czy kura – czyli: czy dlatego przełożeni wyżywają się na bohaterach ponieważ są po prostu agresywnymi szaleńcami, czy też dlatego, że są agresywnymi szaleńcami zostali przełożonymi? – to puenta filmu potwierdza raczej tę drugą tezę… Danie sobie prawa do bycia agresywnym i uwolnienie tłumionego gniewu staje się też dla trójki głównych bohaterów punktem przełomowym – początkiem odzyskiwania przez nich utraconej godności, rodzajem „męskiej inicjacji”, w której niebagatelną rolę odgrywa również siła „męskiej przyjaźni” … I na tym można by poprzestać, dochodząc do konkluzji, że korporacje i w ogóle rynak pracy to dżungla, w której przetrwają najsilniejsi. Ale jest też w filmie Gordona parę smaczków, które – pomimo całej przaśności „Horrible Bosses” – skłaniają do głębszej refleksji. Przede wszystkim jest to gorzka refleksja o dotkniętej kryzysem kondycji amerykańskiej gospodarki i rynku pracy. Oto jeszcze dekadę temu bohater grany przez Kevina Spacey w „American Beauty” mógł rzucić pracę i wyrwać się z wyścigu szczurów, by zacząć żyć w zgodzie z sobą. Bohaterom „Horribble Bosses” łatwiej jest natomiast podjąć decyzję o zamordowaniu swoich szefów, niż o porzuceniu pracy. Nawet, jeśli przez chwilę się nad tym wahają, świadomość losu, jaki spotkał byłego pracownika Lehman Brothers – w haniebny i groteskowy sposób zarabiającego na przetrwanie – staje się wystarczającym ostrzeżeniem przed rezygnacją z posady. Tak wygląda Ameryka doby kryzysu – nie możesz już rzucić swojej znienawidzonej pracy, możesz co najwyżej zamordować znienawidzonego szefa… Wyobrażam sobie, że wielu ludzi w Stanach życzy ex-załodze Lehman Brothers takiego zwieńczenia kariery, jakie stało się udziałem trzecioplanowej postaci z filmu Gordona! Tym samym drugo- a nawet trzecioplanowa postać z filmu staje się postacią metaforyczną – symbolem czasów, które odeszły, być może bezpowrotnie i symbolem karier, których ani nie da się odbudować, ani powtórzyć. Niedawni królowie życia stają się „looser’ami” i przegrywają na współczesnym rynku pracy, a wzorzec kariery, który reprezentowali, odchodzi do lamusa. Na przeciwnym biegunie znajduje się inna trzecioplanowa postać filmu, której nawet nie widzimy na ekranie – tajemniczy Atmanand zwany Gregorym – pracownik call center siedzący w słuchawkach przy swoim komputerze zapewne gdzieś po drugiej stronie oceanu. I to właśnie on jawi się jako najnormalniejsza postać w całym filmie i jako nowy bohater naszych czasów. Na tle koszmaru, jakim staje się życie zawodowe bohaterów, Atmanand-Gregory jest cichym wygranym. Jako jedyny ani nie uskarża się na swoją pracę, ani na jej brak. Bo choć nie jest to praca będąca zapewne szczytem marzeń, wykonuje ją maksymalnie profesjonalnie, jak wielu jego kolegów i koleżanek w Indiach, Azji i Europie Środkowej –wszędzie tam, gdzie powstają call centers reprezentujące nowe, elastyczne formy pracy. Paradoksalnie więc, to on jest zwycięzcą czasów kryzysu. Seth Gordon raczy nas przez niemal całą projekcję sprośmymi kwestiami padającymi z różanych ust anielskookiej Jennifer Aniston i dowcipami z poziomu... poniżej poziomu. Ale jednocześnie puszcza oko jakby chciał powiedzieć, że amerykański sen może być koszmarem. Że system, w którym ludzie stają się niemal zakładnikami firm i ich szefów nie jest dobry. A tajemniczy Atmanand z call center zza oceanu może być dużo bardziej szczęśliwy od prezesa wielkiej korporacji, żyjącego w pięknym domu z kotem i młodą żoną, o którą zazdrość doprowadza go do szaleństwa. A może „Horrible Bosses” to cichy manifest na rzecz ROWE?

Zagadnienia: call centers, elastyczne formy pracy, ROWE, Szefowie wrogowie print