Strategia błękitnego oceanu

blank

Indie, marzec 2008, blisko Pakistanu Z moimi udami dzieje się coś niedobrego. Johny Walker miarowo podskakuje między moimi nogami i z całą swoją brutalnością coraz bardziej rozpycha je na boki. Boleśnie dociera do mnie, że debilne spojrzenie, jakim obdarzył mnie Johny Walker zanim go dosiadłem powinno było mnie ostrzec o zbliżającym się trudnym teście dla mojego tyłka. Cóż, wielbłąd jest znacznie szerszy niż koń i jeżeli nie zamontują Ci strzemion, to z całej siły walczysz udami o całość Twojego zadka. Swoją drogą, jaki kretyn nazywa wielbłąda Johny Walker. Trzydzieści kilometrów od granicy z Pakistanem, gdzieś w środku pustyni Thar mój przewodnik robi dla mnie prowizoryczne strzemiona ze sznura. Założę się, że gdyby mój tyłek umiał mówić, wypierdział by w tym momencie ochrypłe „Dzięki, Stary”. Mogę odetchnąć pełną piersią, jestem na odludziu w naprawdę dzikim miejscu. Tylko że w tym dzikim miejscu musi być gdzieś nadajnik GSM, bo oni ciągle rozmawiają przez komórki. Komórka to chyba w Indiach jeden z atrybutów statusu społecznego. Im częściej gadasz, tym lepszym biznesmenem jesteś. A więc gadają ciągle. I pewnie przez ten cholerny hałas, który wciska się Ci we wszystkie możliwe miejsca w Twoim ciele, korzystają z telefonu w trybie głośnomówiącym i trzymają go jakieś 3 cm od ucha. I strasznie się drą. Nie ma to jak przygoda na środku pustyni. Zapasy wody, którą ze sobą wieziemy, zdążyły już nabrać temperatury piasku po którym jedziemy. Pijesz, żeby się nie odwodnić, ale przynosi to porównywalną ulgę, jakbyś pił właśnie ten piasek. Pod koniec dnia widzę jak na wydmach porusza się jakaś śnieżnobiała postać. Nie widzę żadnego jeziorka, oazy, więc uznaję, że to jednak nie fatamorgana. Biały taszczy ze sobą wielką skrzynię (co, do cholery?). Otwiera i widzę w bryłach lodu butelki piwa. Więc jednak fatamorgana. Jest źle. Tyle, że po trzech butelkach fatamorgany padam uwalony jak świnia na śpiwór (śpimy pod gołym niebem). Gośka wypiła dwie butelki fatamorgany i jest równie komunikatywna jak ja. Indie zaskoczyły mnie świetnym piwem „Kingfisher”. Parę osób przed wyjazdem mówiło mi że piwo w Indiach smakuje jak zupa z majtek japońskiego zapaśnika, który właśnie zdobył mistrzostwo wszechwag, ale „Kingfisher” jest po prostu pyszny. Sprzedają go w butelkach 0,6l (ach te imperialne jednostki objętości) w wersji normalnej i strong. Ja polecam strong. Błękitny ocean - znajdź sobie obszar na rynku, na którym konkurencja nie jest istotna, bo po prostu nie istnieje. Biały znalazł. Polecam książkę pod tytułem mojego postu autorstwa W.Chan.Kim i jakiegoś drugiego sukinsyna, którego nazwiska nie pamiętam.