50.015192 20.99405

II Liceum Ogólnokształcące im Hetmana Jana Tarnowskiego w Zespole Szkół Ogólnokształcących Nr 2 w Tarnowie

Pokaż kontakt e-mail, www
Poproś o ofertę
Umów spotkanie

Ul. Wojska Polskiego 92Tarnów

Zadzwoń i poinformuj Firmę, że dzwonisz z nf.pl

lub podaj numer telefonu i poczekaj na kontakt od firmy

O nas

Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
Nr 9 (6/2013) II LO Tarnów Spis treści:
Fotogaleria z TLD s.2-9 Gall Anonim Venimus, Vidimus, Vicimus
s.4
Zdjęcia ze stron 2-6 autorstwa Tomasza Bielata Karolina Machalska
This is my design s.9 Kącik kulinarny s.14 Borys Kuca Sztuka
czytania s.15 Katarzyna Wąs Two Kings: Bøe and Øye s.18 Michał Gut
Co łączy Szymona Hołownie i Nergala?s.22 Julia Foltak
Królowie a capella s.28 Stopka s.32 Venimus, Vidimus, Vicimus
Gall Anonim
Tak mogli mówić, parafrazując słowa Juliusza Cezara, reprezentanci
II LO po finałowym pojedynku Tarnowskiej Ligi
Debatanckiej. Nasza drużyna, niczym rozpędzona maszyna, niszczyła
kolejnych, coraz to mocniejszych rywali, by wreszcie
28 maja dosięgnąć „debatanckiego raju”. Jednak zanim
do tego doszło, musieli pokonać XVI LOktóre również,
jak na wojskowe liceum przystało, zostawiło na placu boju
wszystkich swoich wcześniejszych przeciwników. „Tarnów miasto
sprzyjające młodym ludziom” - to w tym temacie miało się
wszystko rozstrzygnąć. Nasze Liceum miało obalić tę tezę. Tak
niewdzięczne, patrząc na okoliczności, stanowisko wylosowali.
Na sali zasiadł już pan prezydent Ryszard Ścigała,
przedstawiciele mediów, panie dyrektor obu szkół i tarnowska
młodzież która przyszła obejrzeć tę pasjonującą bitwę
na argumenty. Na scenie skupienie. Główni aktorzy
widowiska wpatrują się nerwowo w oczy swoich przeciwników.
Pojawiają się pierwsze kropelki potu na czole, panowie luzują
za ciasno związane krawaty, a panie poprawiają ostatnie
niedoskonałości makijażu... Zaraz się zacznie.... Pierwsi
z tematem zmierzyli się przeciwnicy. Dobrze zdefiniowali tezę
i nasza drużyna nie miała nic do zarzucenia. Jednak
emocje rosły, nasza strona wytykała coraz to nowe mankamenty
dotyczące miasta, jako jednostki niesprzyjającej młodym ludziom:
za niskie stypendia, słaba oferta kulturalna, nietrafione
inwestycje budżetu obywatelskiego, fatalny stan tarnowskiego
sportu, pokrzywdzone młode matki, które nie mają gdzie nakarmić
i przewinąć swych potomnych i rower... rower, którego
w Tarnowie nie ma gdzie zostawić. Zdesperowana druga
strona chwyta się ostatniej deski ratunku, sprytnie chcąc pokonać
II LO ich własną bronią, czyli poruszając temat klasy
z maturą międzynarodową. Niestety „nasi” z bólem serca,
walcząc z wewnętrznymi rozterkami i ten argument musieli
podważyć, czego wymagała od nich sytuacja. Skończyły się
przemówienia mówców. Teraz głos otrzymała publiczność, która
z tej możliwości korzystała bardzo ochoczo, poruszając kolejne
ważne tematy, między innymi poruszając problem tarnowskiego
skateparku czy młodzieżowych organizacji takich jak Siemacha.
Pojedynek się kończył. Mówcy obu drużyn zwilżali teraz wodą
mineralną zaschnięte podczas rozmowy gardła, w napięciu
oczekując wyniku. Na mównicy przemawiał prezydent miasta,
który obiecywał wziąć sobie wszystkie argumenty do serca,
a na twarzach obu drużyn rysowało się multum emocji. Już nic
nie mogli zmienić. W końcu nadszedł ten moment. Marszałek
debat, pan Andrzej Król dostał kartę z wynikami,
i upajając się wiedzą, którą właśnie posiadł, zaczął swoje
pasjonujące i barwne przemówienie. Jednak już po chwili
padł, tak bardzo oczekiwany, werdykt: „Debatę stosunkiem dużych
punktów 5:2 wygrywa II LO” Nie było wybuchu radości. Pewnie
olbrzymi kamień spadł im z serca, a może też... trochę
już siebie i nas do tego przyzwyczaili ? UROCZYSTA GALA
ZAKOŃCZENIA TARNOWSKIEJ LIGI DEBATANCKIEJ Wszystkie zdjęcia ze
stron 7-8 pochodzą ze stron internetowych tarnow.pl i
miastoiludzie.pl. Możecie na nich przeczytać więcej o TLD, a także
zobaczyć inne zdjęcia z finału i gali zakończenia. This is my
design Hannibal Lecter nowym królem seriali Karolina Machalska
Brian Cox, Gaspard Ulliel (a także 8-letni wtedy Aaron Thomas)
i niewiarygodny Anthony Hopkins. Co łączy tych szacownych
dżentelmenów? Wszyscy grali Hannibala Lectera, genialnego
psychiatrę i kanibalistycznego seryjnego mordercę. Teraz
do tego grona dołącza Mads Mikkelsen, portretując
dr Lectera w najnowszym serialu amerykańskiej stacji NBC
Hannibal. Uwaga! Cały tekst jest przepełniony spoilerami zarówno
do serialu (chociaż tych jest mało), jak i samej historii
Lectera. Ale mam nadzieję, że wszyscy czytelnicy zdają sobie
sprawę z jego niecnych uczynków. Co ciekawe, serial jest
prequelem do historii przedstawionych dotychczas
w książkach i filmach (jak większość fanów, postanowiłam
zignorować większość biografii kanibala, która została
przedstawiona w Hannibal – po drugiej stronie maski.
Bądźmy poważni.), gdyż opowiada o wydarzeniach jeszcze sprzed
Czerwonego smoka. Innymi słowy, Will Graham jest jeszcze
przyjacielem Hannibala, zaś same zbrodnicze czyny dobrego doktora
jeszcze nie wyszły na jaw. Naturalnie, nie pojawiła się
(jeszcze, miejmy nadzieję) agentka Clarice Starling czy Mason
Verger, a ze świecą można szukać tytułowych owiec. Czym więc
zajmują się bohaterowie serialu, jeśli nie ciągłymi podróżami
do więziennego centrum psychiatrycznego? Na brak atrakcji
na pewno nie może narzekać wspomniany już Will Graham
(i mistrzowsko go grający Hugh Dancy
– prawdopodobnie jedna z najlepszych kreacji w jego
karierze). Jego nieustannie przerywane wykłady i wieczory
spędzane na beztroskiej zabawie ze swoimi psami
są przetykane miejscami zbrodni, gdzie nasz neuroatypiczny
(kanonicznie położony na spektrum autystycznym!) geniusz
„wchodzi” w umysły najgorszych przestępców i zabójców
w celu ich zidentyfikowania i zrozumienia. Wykorzystuje
przy tym swój nadzwyczaj rozwinięty zmysł empatii, który przez
niektórych (ok, przez Hannibala) bywa nazywany chorobą,
a przez innych darem (znowu Hannibal). Tyle czasu my
widzowie, spędzamy identyfikując z i współczując Willowi,
że część fanów uważa właśnie Grahama za główną postać
serialu i to pomimo tytułu. Niestety, jak można łatwo się
domyślić, takie radosne wycieczki do morderczej jaźni nie
pozostają bez wpływu na biednego Willa. I w tym momencie
wchodzi do gry jedyny i niepowtarzalny Hannibal „actual
cannibal” Lecter. Mimo początkowego ostrzeżenia, nie zamierzam
nikogo pozbawiać przyjemności z odkrywania fabuły tego serialu
i niesamowicie poprowadzonego rozwoju postaci i związków
międzyludzkich – dość powiedzieć, że jest
to zdecydowanie jedno z lepszych przedstawień Lectera
i najbardziej obiecujących seriali. Ale to nie koniec
przyjemności. Największą bowiem budzą we mnie genialnie
napisane i zagrane postacie kobiecie. W końcu powstał
serial (czy też inne dzieło kulturalne), w którym kobiety nie
są definiowane tylko przez relację do mężczyzn, czyli nie
są tylko przysłowiowymi „matkami, żonami i kochankami”.
O nie! Mają one swoje własne cele i plany, realizują się
na wszystkich polach i są naprawdę ciekawie napisane,
dostając od scenarzystów pasjonujące wątki. Warto tutaj także
dodać, że dwie kanonicznie męskie postacie zostały „zmienione”
w kobiety (mowa tutaj o psycholożce Alanie Bloom
i dziennikarce Freddie Lounds). Zastanówmy się w tym
miejscu, czy jednak możemy nazwać Hannibala idealnym serialem
(a przynajmniej na tyle idealnym, na ile wrodzona
natura tego świata pełna niedoskonałości mu na
to pozwala). Wspaniała strona techniczna – jest.
Absolutnie idealna obsada – jest (naprawdę, nie zamieniłabym
ani jednego aktora). Frapująca i wciągająca fabuła
– jest. Gdzie są twoje błędy, Hannibalu? Głównym
argumentem przeciwników może być brutalność niektórych scen,
na co wskazuje już sam opis głównych bohaterów (hello,
kanibal/psychiatra i wczuwający się w morderców empata).
Jednakże można z łatwością odbić tą piłeczkę – w
czasie większości scen zbrodni nie ma nawet pokazanego ciała
czy tez samego momentu morderstwa – te oglądamy przez oczy
Willa, co pozwala nam skupić się bardziej na uczuciach
i motywach bohaterów niż Obrzydzenie widza do pewnych scen
morderstw czy zwłok nie jest jednak odczuwane przy wszelkich
ukazanych, wręcz przepysznie wyglądających posiłkach czy jedzeniu.
Ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że niemal na pewno większość z nich
to kanibalistyczne potrawy z ludzkich ofiar Hannibala. samym akcie
przemocy. Dodatkowo, następny niepokojący element nie pojawia się
w serialu. Chodzi o seksualnie zabarwioną przemoc wobec
kobiet, która praktycznie nie występuje (pomijając dziwną dominację
białych, ciemnowłosych kobiet wśród ofiar – jeden
z morderców miał bardzo określoną preferencję). Oczywiście,
pojawiają się raz na jakiś czas sceny, przy których większość
ludzi co najmniej odwróciłaby z niesmakiem wzrok.
Powtarzam – już sam opis głównych postaci (nawet jednej
z nich) mógłby odrzucić od seriali niektórych widzów.
Jednakże, jeśli lubicie historie kryminalne, dobrze skonstruowane
opowieści z dreszczykiem czy też moralnie dwuznacznych
bohaterów – to serial dla was. Nie czekajcie – nie
będziecie żałować. I ty możesz zostać królem polowań! (kącik
kulinarny) Słowo od autora: 1. Spokój. Delikatne podchodź
do ofiary. Skradaj się. Jeśli polujesz w pomieszczeniach
zamkniętych: brak butów często pomaga, a skarpety tłumią
wszelakie odgłosy. Ofiara nie może cię usłyszeć, nawet jeśli jesteś
skazany na sukces - stres wydzielany przed śmiercią
negatywnie wpływa na jakość mięsa! Jeśli wolisz jednak uniknąć
bezpośredniego spotkania, użyj innych metod, np. trucizna (ale, czy
jesteś pewien robić tę przykrość mięsu?). Nochyba,
że strzał z kuszy. 2. Użyj fantazji! Często zmieniaj
cel, nie ograniczaj się tylko do jednej metody zabijania,
nawet, jeśli to szybkie skręcanie karku daje
ci największą satysfakcję. Poszerzaj swoje horyzonty,
a nikt nie będzie cię podejrzewał. 3. Porządek. Nigdy nie
daj po sobie poznać, że sam zdobyłeś mięso. Pozostaw
sobie tę wiedzę i satysfakcję - karmionych możesz
uraczyć subtelną sugestią ukrytą między wierszami. I cokolwiek
robisz, nawet gdy dokonujesz zabójstw, rób toz wdziękiem,
gracją i elegancją. Jak to mówią na zachodzie,
always classy, never trashy. 4. Wykorzystuj wszystko.
Oczywiście mięso jest najważniejszą częścią ofiary, ale nie
zapominajmy o chociażby włosach czy kościach. Wyobraź sobie
minę swojej matki czy gości na obiedzie, gdyby usłyszeli
od Ciebie, że twoja ostatnia poduszka zawiera prawdziwie
organiczny wkład, nie znajdą bardziej naturalnych świec, a te
zwierzęce dekoracje to żadne made in China? Umrą
z wrażenia (może to i lepiej dla ciebie, jeśli zrobią
to dosłownie). Mam nadzieję, że czujesz teraz inspirację
i odwagę do uprawiania tego wspaniałego sportu, jakim
jest polowanie! Poczuj ten zew i wiatr we włosach. Weź
życie (własne lub czyjeś) w swoje ręce! Nie daj swojemu celowi
dać nogi (no chyba, że dosłownie)! Polecam, Dr Hannibal
Lecter, M.D. PS W razie pytań proszę o pozostawienie
u mnie swojej wizytówki. Na pewno się odezwę. Sztuka
czytania Borys Kuca
Czytanie książek jest odkrywaniem. Odkrywaniem nowych światów,
nowych bohaterów. Nowych pasji i namiętności. Nowych miłości
i nienawiści, przyjaźni i animozji. Dlatego czytanie
to nie jedynie odbieranie tego, co ktoś kiedyś wymyślił
– to akt tworzenia. Tworzenia własnego wizerunku danej
książki, własnej interpretacji zawartej w niej opowieści oraz
własnych portretów naszkicowanych w niej bohaterów.
Bo czytanie to coś więcej niż zwykła konsumpcja.
To kreowanie nowego świata, dla którego podstawą jest zamysł
autora przepuszczony przez sito naszych doświadczeń, wyobrażeń
i pragnień. To, że czytanie to twórczość sama
w sobie a nie jedynie odtwarzanie, najlepiej widać
na podstawie tego, jak książka jest postrzegana. Kiedy czytam
jakieś dzieło, sławne lub nieznane, wzniosłe lub przyziemne,
skupiam się na pewnych wybranych jego elementach. Inny
czytelnik tego samego tomu położy akcent na innym jego
aspekcie. Kolejny wybierze sobie coś zupełnie innego. Toteż każdy
spogląda na dzieło pod innym kątem, każdy dostrzega w nim
inne cechy, łącząc je z elementami z własnego życia. Ale
i to nie wszystko. Bowiem to, w jaki sposób książka jest
rozumiana, nie tylko od czytelnika zależy, lecz i od
tego, który raz bierze ją do ręki. Kiedy czytam książkę
po raz pierwszy, jestem z reguły ciekawy tego,
co się w niej wydarzy – jakie namiętności spotkają
bohaterów, jakie przeszkody będą musieli pokonać, z jakimi
trudnościami się zmierzą, a wreszcie – jaki czeka ich
los. Innymi słowy, gdy czytam coś, z czym nie zetknąłem się
nigdy wcześniej, interesuje mnie przede wszystkim akcja.
Niezależnie od tego, czy płynie wartko, czy też powoli
i dostojnie, czy biegnie prostą ścieżką od początku
do końca, czy raczej wije się krętymi dróżkami, chcę znać
odpowiedzi na pewne podstawowe pytania: co będzie potem
i potem, co się stanie za dziesięć stron, a co
za dwadzieścia. Co za sto, a co w ostatnim
rozdziale. Przeważnie jestem wytrwały i czytam
do samiutkiego końca, choćby miało mnie tam spotkać
najczarniejsze rozczarowanie (o którym oczywiście wcześniej
nie wiem i którego istnienia nawet nie przeczuwam). Niekiedy
bywa jednak tak, że akcja biegnie wolno, że zatrzymuje
się na mieliznach opisów i uparcie nie chce przeć
do przodu, tymczasem ja czekam i czekam
na dalszy ciąg baśni. W takich momentach dopada mnie
nieraz złość i mówię sobie: Dość! nie męcz się, nie warto!
to jego wina, autora, to on zawinił, nie ty!
I przerywam wtedy, z ciężkim sercem odkładam książkę
na bok i sięgam po coś lżejszego, co ukoi mój
szczery ból po niedokończonej opowieści, którą tak haniebnie
porzuciłem w środku drogi. Tak oto wygląda czytanie
po raz pierwszy. Niekiedy jednak historia ma w sobie tyle
niesamowitości, tyle zachwycających elementów, które wręcz zalewają
i miażdżą wyobraźnię, że po zakończeniu książki napada
mnie dziwna nostalgia za światem, który właśnie opuściłem.
Siedzi ona we mnie, przeważnie uśpiona, lecz czasami wybucha
z całą swoją mocą. I wtedy coś przekonuje mnie
do tego, abym sięgnął po książkę jeszcze raz i żebym
ponownie zagłębił się w jej niezwykłości i cudowności,
abym jeszcze raz zakosztował tych samych dreszczów, które dotknęły
mnie za pierwszym razem. Przeważnie nie mam na to czasu
i z wyrzutami sumienia zaduszam w sobie tę tęsknotę
za niesamowitością opowieści. Gdy jednak czasu mam
w nadmiarze lub też porzuca mnie moja zwykła dokładność,
zegarkowość i zorganizowanie, kiedy fantazja i chaos
przejmują nade mną władzę, spychając rozsądek w najgłębsze
czeluści (choć nie tak głębokie, aby nie mógł się Ktoś kiedyś
powiedział, że rozkoszą bogów jest zemsta. Możliwe. Nawet
niewykluczone. Za to rozkoszą ludzi jest czytanie książek.
on z nich z łatwością wydostać), wtedy siadam
na łóżku, biorę tę upragnioną książkę w ręce, gładzę
przez chwilę okładkę, przyglądam się jej przez moment
i wreszcie, skończywszy wszelkie rytuały, otwieram. Mój wzrok
przesuwa się powoli ze strony na stronę, a moje
zmysły wchłaniają te same historie, które już niegdyś
pochłaniałem. Gdy więc czytam coś po raz drugi, wtedy akcja
nie nurtuje mnie już tak jak za tym dziewiczym razem. Nie
pędzę tak bardzo przed siebie, byleby tylko dowiedzieć się, jaki
los czeka bohatera. Nie. Zamiast tego zdobywam się (choć niekiedy
z trudem) na odrobinę więcej subtelności. Moją uwagę
zwracają fragmenty, które kiedyś szpetnie pominąłem
– artystyczne opisy, wytworne dialogi czy dogłębne
charakterystyki postaci. Miast jak lokomotywa mknąć do przodu,
staram się wydobyć z dzieła coś, co wcześniej
mi umknęło. Przeważnie jest to treść estetyczna, lecz
bywają to i nawiązania, i głębsze przemyślenia autora,
i inne elementy, które niegdyś przeoczyłem. Two Kings: Bøe and
Øye Katarzyna Wąs
Wszystko zaczęło się kilkanaście, a dokładnie 25 lat temu
w szkolnej ławce, kiedy to razem rapowali wierszyk
o nauczycielu. Dwaj młodzi chłopcy postanowili połączyć swoje
siły i zasmakować przyjaźni, która na szczęście dla nas
(mnie) trwa do dziś! A mowa tu oczywiście o dwóch
członkach norweskiej grupy Kings of Convenience – Erlend
Øye i Eirik Glambek Bøe. Jeżeli nie słyszeliście jeszcze
o tych dwóch niezwykle utalentowanych mężczyznach
(a mieliście prawo nie słyszeć, jako że nie jest
to komercyjna muzyka nadawana nam przez radio (zależy
od radia oczywiście - Trójkę wykluczam z mniemanej
komercyjnej papki, bo to właśnie tam usłyszałam po raz
1. o KoCach!)) to nic się nie bójcie, zaraz wszystko wam
opowiem. Mają na swoim koncie tylko 3 płyty, a to
stanowczo za mało jak na zespół grający od 1999
roku, i to jak grający! Odpowiedzią na pytanie
- dlaczego tylko 3 płyty, mogą być poboczne projekty
Erlenda tj. zespół The Whitest Boy Alive, własne DJskie projekty
albo fakt, że jeden mieszka w Norwegii a drugi lata
po świecie (aktualnie znajduje się we Włoszech). Ale
wracając do początków…W 2001 wydali swoją
debiutancką płytę Quiet is New Loud, wyprodukowaną przez
producenta grupy Coldplay – Kena Nelsona. Krążek zawierający
Czy już niedługo ujrzymy taki widok na którymś z polskich
festiwali? Miejmy nadzieję! takie kawałki jak Toxic girl czy
Winning the battle, losing the war spowodował, że zaczęło się
o nich robić głośno w undergroundowym indiepopowym
środowisku. Tym samym otworzyły im się do drzwi
do większych festiwali. Potem dopiero w 2004 usłyszeliśmy
od nich kolejny materiał z płyty: Riot on an
Empty Street. Nowy album zagwarantował im takie recenzje jak:
„A gorgeous piece of folkpop 5/5” ESQUIRE, czy „Album
of the week” SUNDAY TIMES. Promujący płytę singiel I’d Rather
Dance With You inakręcony do niego teledysk (genialny!)
został okrzyknięty przez MTV (wtedy, kiedy MTV jeszcze coś
znaczyło) jako najlepszy w całym 2004 roku, a to już o
czymś świadczy. Następnie znowu była przerwa w działalności
zespołu (spowodowała ona nawet spekulacje o dezaktywacji
grupy), by w 2009 roku powrócić z ostatnim krążkiem
Declaration of Dependence. Ostatnia płyta zagwarantowała
im udział w Primavera Sound Festival oraz bardziej
po „polskiemu” w Open’er Festiwal w Gdyni
w 2010. Podsumować można ich bardzo prosto: dwie gitary
i dwa nieziemskie, niesamowicie pasujące do siebie głosy.
Nie potrzebują całej orkiestry by porwać tłum,
by wzbudzić w nim emocje od płaczu do śmiechu.
Eirik i Erlend to zupełne przeciwieństwa, ale jak głosi
powiedzenie przeciwieństwa się przyciągają i w perfekcyjny
sposób uzupełniają. Dlatego, też spokojny pan psycholog Eirik wciąż
wytrzymuje z rudym Erlendem, który żyje z dnia
na dzień, gra na dworcach, w metrach i chodzi
w ogromnych okularach. Aktualnie grupa podróżuje
po świecie z trasą koncertową, tym samym mam nadzieję,
że dostaniemy kolejną płytę w niedalekiej przyszłości.
Ponadto trzymamy kciuki za ponowny przyjazd do Polski,
jako że informacja poszła w świat a szczegółów brak…
Co łączy Szymona Hołownię i Nergala?Michał Gut
Co łączy Szymona Hołownię i Nergala?Właściwie, nie
co łączy, a raczej, co dzieli. I nie ‘co’,
tylko ‘KTO’? Szymon Hołownia, polski dziennikarz i publicysta.
Znany również jako ‘ten mniejszy”, który prowadzi „Mam Talent”
razem z Prokopem. Natomiast Nergal, a właściwie Adam
Darski – polski muzyk, wokalista, kompozytor, lider grupy
Behemoth, znany także jako ‘satanista drący Biblię i ryja’
W polskich mediach zasłynął właśnie dzięki temu incydentowi,
a później za sprawą głośnego i gorącego związku
z polską wokalistką Dorotą Rabczewską. Niemniej jednak nie
powinno się kończyć opisu tych dwóch postaci na tak ogólnych
przesłankach z ich życia. Obaj mogą pochwalić się znacznie
bardziej interesującymi doświadczeniem i osiągnieciami. Nie
będę przepisywać tutaj życiorysu z Wikipedii, w ten sposób
zająłbym jedynie miejsce i niepotrzebnie zanudziłbym czytelnika.
Ale jeśli ktoś jednak jest ciekawy, to odsyłam do lektury
biografii obu Panów. Można o nich powiedzieć, że są
swoistymi reprezentantami dwóch grup ludzi, których poglądy
skrajnie się od siebie różnią, wręcz przeczą sobie. Jak
wiadomo, od dawien dawna wszelkie różnice poglądowe były
przyczyną wielu sporów. A jeśli w grę wkracza pojęcie tak
wielkie jak religia i kwestie z nią związane,
to możemy śmiało powiedzieć, że mamy tu do czynienia
z pewnego rodzaju odwieczną wojną, która trwa i trwać
będzie jak długo człowiek od człowieka będzie różny. Ale czym
byłaby wojna bez pola walki…? Media to w obecnym czasie jedno
z głównych miejsc starć i tak też jest w tym przypadku. Nie
mam zamiaru przedstawiać obu tych postaci jako stron walczących
ze sobą, raczej spróbuję ukazać Hołownię i Darskiego jako
dwie niezależne osoby, reprezentujące w mediach i na
polskiej scenie publicystycznej dwie grupy. Jeśli jednak
o pojedynkach wspomniałem, to dla kronikarskiej
dokładności należałoby dodać, że do pewnego rodzaju starcia
jednak doszło… na odległość wprawdzie, ale jednak. Zła
historia Nergala w mediach i środowiskach katolickich
zaczyna się w 2009 roku w Gdańsku, gdy podczas koncertu
Behemtoha, Darski podarł Pismo Święte, nazywając je ‘księgą
kłamstw’, po czym krzyknął m.in. ‘żryjcie to gówno’,
a resztą już zajął się tłum pod sceną. Media, katolicy
i przedstawiciele kościoła niedługo czekali z oskarżeniem
Darskiego i postawieniem go przed sądem za obrazę
uczuć religijnych i zbezczeszczenie Biblii. Sam Darski
i rzesza jego obrońców twierdzi, że było to jedynie
część show podczas koncertu (wstawiła się za nim wówczas pewna
część polityków określana jako „ziomale Nergala” oraz m.in. ks.
Adam Boniecki). W 2009 roku drugie narodziny w mediach
i zyskanie statusu celebryty dał Nergalowi związek
z Dodą. Dzięki pokazywaniu się na salonach przy jej boku
Nergal zabłysnął w mediach w trochę innej odsłonie niż
dotychczas. Serwisy plotkarskie miały istną ucztę. W 2011 roku
czarę goryczy przelała jednak obecność Adama Darskiego
w programie rozrywkowym w TVP. Wiele osób, głownie
ze środowiska katolickiego, postanowiło wyrazić swoją opinię
na ten temat. Był wśród nich również Wojciech Cejrowski, znany
z walki z lewakami i przeciwnikami chrześcijaństwa,
niegdyś niezbyt lubiący się z Szymonem Hołownią. Jak wszyscy
jednak dobrze wiemy, wspólny wróg łączy, nie inaczej było
i tym razem. Cejrowski nazwał Nergala ‘praktykującym
satanistą’, a w dalszej części wypowiedzi wyraził swoje
niezadowolenie z tego, że osobą taka jak Darski będzie
jurorem w telewizji publicznej. Natomiast Hołownia zabrał głos
dopiero po tym, gdy Darski, wygłosił swoje poglądy
o ‘największej zbrodniczej sekcie’, jak nazwał kościół
katolicki. W tym samym wywiadzie Nergal stwierdził
o Hołowni, że jest ‘ popier…hipokrytą oraz amatorem
duchowego gówna’. Hołownia nie zostawił tego bez odzewu, twierdząc,
że Nergal nie jest satanistą, a zwykłym celebrytą (ew.
niedzielnym satanistą lub amatorem ateistą), który po chamsku,
z pogardą i agresją głosi swoje absurdalne poglądy. Wiele
wówczas mówiło się o debacie pomiędzy dwoma zainteresowanymi,
jednak Hołownia na starcie wyjaśnił, dlaczego rzekoma debata
nie będzie miała miejsca, stwierdzając, że z osobą zachowującą
się w taki sposób i z takim nieetycznym stosunkiem
do niego i religii dyskutować nie zamierza. W innym
wywiadzie natrafiamy na wypowiedź Hołowni, że nie gardzi
nim, mimo iż gada bzdury i z przyjemnością zmierzyłby się
z Darskim na argumenty, próbując rozłożyć
na czynniki pierwsze bajki, które opowiada. W efekcie
do rzeczonej debaty nie doszło, a obaj panowie zbierali
coraz to większe grono osób popierających jednego bądź
drugiego. Szymona Hołownię i Adama Darskiego łączy to,
że są współczesnymi celebrytami. Ten pierwszy ma swoich
czytelników i zwolenników, którzy mieszkają w całej Polsce
i poza jej granicami. Adam ma fanów na całym
świecie, o czym świadczy zagraniczna sława zespołu Behemoth
(choć formacja ta jest raczej zapomniana w kraju,
to obiektywnie rzecz biorąc jest najbardziej znaną
i osiągającą sukcesy na scenie międzynarodowej grupą
z Polski). Sława, która objawiła się w mediach, gdy fani
z całego świata życzyli powrotu do zdrowia. Obaj
są inteligentni i dobrze wykształceni. Nergalowi
w programie Kuby Wojewódzkiego zdarzyło się podać, jako dowód
na nieistnienie Boga, słynny już w podstawówce przykład
z kamieniem: ‘jeśli Bóg, jest wszechmogący, niech stworzy
kamień, którego on sam nie będzie w stanie podnieść
– jeśli go nie podniesie – nie będzie wszechmogący.
Osobiście uważam, że jest to dość słaby przykład,
zwłaszcza przytoczony przez osobę taką jak on. Niemniej jednak
przykłady głoszenia swoich racji przez obu panów można mnożyć
w nieskończoność. Jedne są bardziej racjonalne, inne
mniej. Hołownia, wydając szereg ‘boskich’ książek o tematyce
religijnej, jest pewny słuszności swojej misji jako pisarz
i były dyrektor stacji religia.tv o nauczaniu swoich
‘owieczek’ poprzez słowo tam zawarte. Natomiast Darski jest
‘święcie’ przekonany o tym, że za kilka lat nikt nie
będzie chciał słuchać ludzi takich jak Hołownia,
a chrześcijaństwo upadnie. O tym i o innych rzeczach
można przeczytać w książce Nergala ‘Spowiedź heretyka. Sakrum
Profanum’, gdzie znajdziemy szersze informacje o jego
poglądach, dzieciństwie i ‘piekielnej’ walce z białaczką.
Odsyłam więc do biblioteki po książki OBU panów
celebrytów zanim ktokolwiek oceni jednego bądź drugiego. Obaj
panowie mają ze sobą więcej wspólnego niż się by mogło
wydawać. Stoją po dwóch stronach odwiecznego konfliktu.
Celebryci, dobrzy mówcy i osoby oczytane. Po wielu
odwołaniach kilka dni temu sąd uniewinnił Adama Darskiego
za podarcie Biblii. Szymon Hołownia otworzył własny portal
i nadal pisze dla czytelników, Adam wciąż tworzy dla swoich
fanów. Każdy z nich robi toco potrafi najlepiej.
A zwycięzcy i przegranego w ‘świętej wojnie
religijnej’ prędko nie będzie… Fot.: Newsweek (fotografie S.
Hołowni), Flickr (Nergal). Królowie a capella Julia Foltak
The King’s Singers. Zespół wybitny. Wielokrotnie okrzykiwany
najlepszą grupą wokalną na świecie. Męski sekstet
a capella powstały ponad 40 lat temu, wykonujący muzykę
od poważnej po rozrywkową. Zespół fascynujący od lat
nie tylko amatorów muzyki klasycznej. W branży osiągnęli
status prawdziwej legendy, gdyż właśnie od około 40 lat
są na topie, a od tamtego czasu - jakimś cudem
- pną się tylko do góry. Budowa zespołu to od zawsze
dwóch kontratenorów, tenor, dwóch barytonów i bas. Oczywiście,
od powstania zespołu skład zmienił się już kilkukrotnie,
jednakże nowi członkowie to zawsze prawdziwe perły. Aktualnie,
pan z najdłuższym stażem, bo aż 26-letnim, to David
Hurley, pierwszy kontratenor (onieprawdopodobnie liryczym
głosie, łudząco zbliżonym do sopranu). Nawiasem mówiąc, do
Kings Singers nie można aplikować, nie ma żadnego castingu
aktualni członkowie wyszukują potencjalnych zastępców wśród
wokalistów z całego świata. Przykładowo, nowego pierwszego
barytona wyłowili aż w Nowej Zelandii. Skąd jednak ich
status? Co tu kryć, są po prostu zespołem idealnym...
idealnym? Nawet jeśli ideałów nie ma, to właśnie oni
są właśnie perfekcji najbliżsi. Po pierwsze, ich śpiew.
Technika każdego z nich jest absolutnie doskonała. Poza tym,
są oni ze sobą idealnie zgrani, brzmiąc zarazem jak
liczny chór i jeden organizm, biorąc oddechy w tym samym
momencie i wyznaczając to samo tempo utworów. Idealna
kooperacja. Po drugie, ich wizerunek. Idealnie skrojone
garnitury, pasujące kolorystycznie krawaty. Na scenie
nic poza delikatnym oświetleniem i paroma pulpitami
z nutami. Jednak mimo braku fajerwerków, nie da się
od nich oderwać wzroku. Są absolutnie hipnotyzujący.
Dzięki swojej mimice, przeżywaniu muzyki, poczuciu humoru.
A nawet flirtowaniu z publiką, w czym specjalizuje
się tenor Paul Phoenix. I tu mała uczta dla tych, którzy
chcieliby usłyszeć ich samych, a nie tylko o nich
gadania: Dla fanów Queen:
https://www.youtube.com/watch?v=Sz9GyGzfihM Popis instrumentalny
na uwerturze znanej każdemu:
https://www.youtube.com/watch?v=SrXJnMvg9uI Coś na wzruszenie:
https://www.youtube.com/watch?v=SfGTq71VXfo I prawdziwy
majstersztyk - historia muzyki w 10 minut przedstawiona
w dość niekonwencjonalny sposób:
https://www.youtube.com/watch?v=JXhAz0DOpMU Wystarczy skopiować i
juz można się cieszyć. A na koniec, krótka opowieść. Kiedy
końcem kwietnia miałam niezwykłą przyjemność uczestniczyć
w ich koncercie w Bytomiu – spóźnili się
na niego o ponad 60 minut. Dlaczego? Okazało się,
że 15 godzin wcześniej ich samolot do Katowic zaczął się
opóźniać. Woląc nie ryzykować, polecieli z Belgii
do Wiednia, skąd po kolejnych problemach
z transportem postanowili wynająć samochody osobowe i na
własną rękę dojechać do Bytomia. Wszystko po to,
by dotrzeć na koncert jak najszybciej. Mimo wykańczającej
podróży, dali idealny koncert. W dodatku, po tym samym
koncercie spędzili ponad godzinę poświęcając czas fanom i mimo
ogromnego zmęczenia, z prawdziwym zainteresowaniem rozmawiając
z nimi na kolejne tematy, czasami bardzo błahe. Cóż,
wszystkim życzę takich idoli. STOPKA: Redaktor naczelna: Karolina
Machalska Dziennikarze: Katarzyna Was, Gabriela Rudna, Borys Kuca,
Mikołaj Kłos, Magdalena Jewuła, Bartek Ziaja, Michał Gut, Gabriela
Lis, Dominika Saładyga Opieka: Anna Lipińska